Nie polityka powinna rządzić ludźmi, lecz ludzie polityką.
(Napoleon Bonaparte)
Od wieków Sejm był w Polsce niejako podstawą życia politycznego, przetrwał nawet komunę, i nie ma żadnych przeszkód, żeby istniał i funkcjonował dalej w następnych wiekach. Ale reprezentacja posłów w różnych periodach była zupełnie różna (szlachecka – partyjna – komunistyczna – znów partyjna), więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zmienić ją jeszcze raz. Teoretycznie posłowie na Sejm reprezentowali i reprezentują „naród” (i po części to była prawda), ale faktycznie tak do końca nigdy nie było i teraz nie jest. Inaczej po co by ten naród cały czas a to zbierał podpisy pod różnego rodzaju petycjami (zwykle i tak bez skutku), a to protestował na ulicach miast, przed Sejmem, a czasem nawet w murach samego Sejmu, gdyby miał swoich prawdziwych legalnych przedstawicieli, którzy właśnie powinni przedstawiać jego – naród (lub jedną z jego grup) w tej instytucji. Tak więc kogo tak naprawdę reprezentują obecne w Sejmie partie polityczne? Sami oni twierdzą, że reprezentują „naród”, ale sam naród w to jakoś nie za bardzo wierzy (i słusznie). Jedni uważają, że oni reprezentują przede wszystkim samych siebie, zaś inni – ciemne tajne siły, obce (często wrogie Polsce) mocarstwa lub „naród wybrany”. Trudno z tym się nie zgodzić, jeśli patrzeć na ich konkretne działania (lub ich brak), a nie piękne „socjalne”, „demokratyczne” lub „patriotyczne” deklaracje.
„Demokracja bezpośrednia” (poprzez referenda) jak w Szwajcarii w Polsce raczej nie jest realna. Ale jest, na szczęście, rozwiązanie „pośrednie”: w nowym, przyszłym Sejmie naród będzie miał nareszcie swoich własnych autentycznych przedstawicieli. Żadna partia polityczna do takiej roli się nie nadaje ze względów chociażby czysto technicznych. Przedstawicielstwo zatem musi być „korporacyjne”. Polega ono na tym, że każda wyraźna grupa zawodowa i społeczna wybiera wśród siebie przedstawicieli – dobrze sobie znanych i szanowanych. Najpierw – po kilku (2-3) delegatów z każdego zakładu pracy do konferencji regionalnej (np. wojewódzkiej), która wybiera już delegatów na konferencję ogólnokrajową, a ta z kolei wybiera swoich przedstawicieli jako Posłów na Sejm. Jakie to będą konkretnie grupy zawodowe i społeczne i po ilu będą mieli przedstawicieli (ale nie mniej niż po 2-3) musi rozpisać dokładnie nowa ordynacja wyborcza, poprzedzona dyskusją publiczną. W ideale w Sejmie muszą być przedstawiciele wszystkich warstw społecznych, w tym zawsze i/lub obecnie ignorowane (np. niepełnosprawni, mundurowi czy kościelni), a nie jak obecnie sami „profesjonalni politycy”, samorządowcy, prawnicy, nauczyciele i przedsiębiorcy. Te grupy zawodowe też, oczywiście, będą mieli swoich przedstawicieli, ale nie aż tak duży procent, jak teraz.
Problemem może się wydawać, że będzie to wymagało odpowiedniej zmiany Konstytucji, którą musi dokonać obecny, „partyjny” Sejm, a więc tym samym niejako podpisać na siebie wyrok. Rzecz jasna, że nikt dobrowolnie wyrzekać się władzy nie lubi. No cóż, całkiem niedawno postkomuniści też nie chcieli oddawać władzy, a wcześniej – komuniści też o tym raczej nie marzyli, jak również jeszcze wcześniej – szlachta i magnaci. Nikt z nich jednak nie zdołał powstrzymać postępu historycznego i społecznego, nie powstrzymają tego postępu również obecne elity. Co więcej, ci z nich, którzy aktywnie poprą zaproponowane zmiany, mogą liczyć na stanowiska w innych nowych instytucjach państwowych i publicznych (np. Senacie, rządzie, ministerstwach, samorządach), zaś ci, którzy spróbują przeszkadzać, wylądują w rezultacie na marginesie politycznym jak Roman Giertych, Janusz Palikot i Ryszard Petru.
Oczywiście w takim zróżnicowanym Sejmie trudno będzie nie tylko o konsensus (jak to było zakładane w Sejmie szlacheckim z prawem liberum veto), lecz nawet o większość (jak to ma miejsce w Sejmie partyjnym). Tak więc ze względów czysto technicznych nie będzie on w stanie przyjąć ostatecznej wersji ustawy czy uchwały. Przedstawi natomiast Senatowi (który też nie będzie instancją „końcową”) projekt, uwzględniający opinie (czasem się różniące) wszystkich środowisk zawodowych i warstw społecznych.
Wcale to jednak nie znaczy, że taki Sejm nie będzie miał faktycznej władzy ustawodawczej, ponieważ będzie miał prawo zawetować kwalifikacyjną większością głosów każdą ustawę, zatwierdzoną poprzez wyższą instancję.
Inną bardzo ważną kwestią jest status Posła. Otóż nie może on, jak to ma miejsce obecnie, dostać bezwzględnego mandatu (faktycznie carte blanche) na całą kadencję. Będzie on natomiast ciągłe śledzony poprzez delegowane go środowisko i, w razie gdyby nie przedstawiał faktycznie ich interesów (bo np. został skorumpowany przez obce siły i interesy, jak to jest powszechnie obecne teraz), w każdej chwili mogliby go odwołać i wybrać na jego miejsce innego, bardziej odpowiedzialnego kandydata. Bardzo ważne jest przy tym, żeby po każdym posiedzeniu Sejmu każdy deputowany wracał do swojego zakładu pracy i do swego stanowiska (jak to było w sejmach szlacheckich), żeby nie utracić żywej łączności ze środowiskiem, które go delegowało reprezentować swoje interesy. Inaczej można zostać „profesjonalnym politykiem”, dla którego np. „tylko idiota pracuje za 7 tys. mies.” Praca zaś „w regionie” (w tzw. „Biurze poselskim”) to fikcja – wie to każdy, kto próbował dla załatwienia jakiejkolwiek sprawy spotkać się z posłem jakiejkolwiek partii w jakimkolwiek regionie (jakby Posłowie byli od tego, a nie urzędnicy).
Wynagrodzenie dla Posłów też ma być sprawiedliwe. Dlaczego przedstawiciel prawie każdego zawodu, żeby dostać wynagrodzenie, powinien po pierwsze przychodzić regularnie do pracy, a po drugie coś robić (albo przynajmniej udawać, jak nie ma nic do zrobienia), zaś Posłem wystarczy po prostu być i nawet nie trzeba uczestniczyć w posiedzeniach Sejmu? Owszem, nie można wymagać „aktywności” – jak ktoś nie ma na aktualny temat nic do powiedzenia, lepiej niech milczy, niż gada głupoty czy zakłóca innym pracę. Ale powinien być, uważnie słuchać i czuwać, żeby ktoś (nie koniecznie specjalnie) przypadkiem nie zaszkodził jego grupie zawodowej. Owszem, różnie w życiu bywa (choroba, wypadek, ważne obowiązki rodzinne lub zawodowe), więc dlatego ma być z każdej grupy po min 2-3 Posłów, żeby na każdym posiedzeniu Sejmu przynajmniej jeden był obecny. Może w Sejmie partyjnym to nie ma tak ważnego znaczenia, ale w korporacyjnym – owszem.
Na zakończenie chciałbym przytoczyć dające do myślenia na ten temat słowa dr Jana Przyła: „W I RP, kiedy Polska była wielka terytorialnie i była monarchią, panowie posłowie i panowie senatorowie przyjeżdżali do Warszawy na własny koszt, utrzymywali się przez 6 niedziel (bo tyle trwały obrady) i nikt żadnych diet nie brał – to był wielki zaszczyt. I niech by on tam spróbował głosować nie tak, jakby jemu kazali jego wyborcy, to on by nie miał po co do domu wracać, bo go jego wyborcy szablami by roznieśli na szczepy. Teraz co innego ludziom obiecują, a głosują tak, jak im każe szef klubu – bo trzeba być blisko prezesa klubu, partii – żeby być umieszczonym na liście wyborczej, inaczej będzie trzeba wracać do pracy”.