W wolnym Państwie, rzecz jasna, obywatele mają prawo swobodnie się łączyć w różne sojusze, organizacje oraz partie polityczne. Prawo i Konstytucja taką swobodę gwarantują i tak ma pozostać. Nie jest jasne natomiast, dlaczego właśnie partie polityczne muszą być wśród tych zgromadzeń wyróżnione i uprzywilejowane pod względem finansowania z budżetu państwa – nawet opozycyjne i pozaparlamentarne (choć jest tak w wielu, ale nie we wszystkich państwach demokratycznych) oraz że praktycznie tylko ich działacze mogą sprawować władzę, zwłaszcza na szczeblach najwyższych. Narusza to przecież jedną z podstawowych zasad konstytucyjnych o równości wszystkich obywateli. Traktuje bowiem działaczy partyjnych jako nową szlachtę. Ale stara szlachta musiała przynajmniej na swoje przywileje zasłużyć oraz być w ciągłej gotowości (moralnej, prawnej i fizycznej) do obrony kraju w razie potrzeby, a nawet oddania swego życia za ojczyznę. Czego o „nowych” nie powiesz – w razie zagrożenia jako pierwsi uciekają za granicę. Jakim zatem prawem (moralnym, bo pisane na razie akurat mają) posiadają wyłączność na sprawowanie władzy?
Teoretycznie społeczeństwo może mieć wiele takich partii – każda grupa społeczna swoją (mniej więcej jak to miało miejsce na początku II RP). Ale w praktyce doprowadziło to do wielkiego bałaganu politycznego, bezradności Sejmu i w rezultacie – do sanacji. System dwupartyjny jest, oczywiście, o wiele bardziej praktyczny i stabilny, ale sprawiedliwym go uznać nie można. Tym bardziej, że praktycznie wszystkie partie (nie tylko w Polsce) są utworzone i kierowane przez przedstawicieli „wybranego” (kiedyś) narodu (w większości ukrywającymi swoje pochodzenie i podszywającymi się pod tubylców). Nic by w tym nie było strasznego, gdyby interesy tego „narodu” w bardzo wielu wypadkach nie były diametralnie sprzeczne z interesami rdzennego narodu. Można zatem śmiało powiedzieć, że system partii politycznych to system ukrytego uprawiania władzy „narodu wybranego”. Rdzenni mieszkańcy od wieków sprawowali władzę poprzez szlachtę i Monarchę, którzy realnie dbali o interesy kraju, nawet jeśli etnicznie i/lub kulturowo różnili się od tubylców, ale właśnie z tego powodu zostały powszechnie obalone i odsunięte od władzy, która trafiła w ręce „wybranych”. Same partie twierdzą, oczywiście, że reprezentują „naród”. Nie precyzują jednak jaki, bo zwykle właśnie ten kiedyś „wybrany”, lub inny obcy (np. sąsiedni).
Na razie nie pozostaje nic innego, jak wspierać partie, które choć formalnie i ideowo są jak najbliżej interesów rdzennego narodu (a przynajmniej – mniej szkodliwe). Docelowo zaś partie polityczne mają zejść na margines – mogą istnieć, ale na pewno nie ze środków budżetu (a tak naprawdę podatników) oraz na pewno nie rządzić. Partie polityczne dostają z budżetu grube miliony. A dlaczego nie ze składek? Czy zatem działacze partyjni też są skazani na margines polityczny? Otóż nie. Jeśli ktoś jest prawdziwym polskim patriotą, lub się prawdziwie nawróci , lub nawet zdąży dołączyć jako cwaniak, ale uczciwy i lojalny, na pewno znajdzie odpowiednie i dostojne miejsce w nowym systemie politycznym, z Senatem i rządem włącznie, ponieważ tacy działacze mają cenne doświadczenie, które bardzo się przyda. Z tym, że będzie on działał nie z ramienia swojej partii, tylko własnego lub konkretnej grupy społecznej lub zawodowej. I nie w interesach partyjnych, lecz państwowych i zawodowych. Na marginesie zaś na pewno wylądują ci, co będą kurczowo się trzymać starego partyjnego systemu, bronić go, a tym bardziej – próbować walczyć i powstrzymać wprowadzenie nowego, sprawiedliwego systemu.
Dzisiejszy zaś „partyjny system” (zresztą typowy nie tylko dla Polski) m.in. udowodnił, że o żadnej realnej „równości politycznej” (bo o „równości socjalnej i majątkowej” opowiada bajki tylko „socjalizm” i „komunizm”) nie ma mowy nawet w „rozwiniętej demokracji”. Daje bowiem on przewagę (prawną i faktyczną) działaczom partyjnym, a więc w praktyce ludziom o wątpliwych cechach moralnych. Przecież dobrze wiadomo, że o ich karierze partyjnej (a więc i politycznej czy zawodowej) decyduje przede wszystkim lojalność do lidera partii. Kraj natomiast i społeczeństwo na tym cierpi. W przyszłości (nawet wg proroctw) nierówności społeczne też pozostaną, ale będą one miały charakter o wiele bardziej sprawiedliwy i pożyteczny dla społeczeństwa. „Są zawody, które mogą wykonywać tylko i wyłącznie ludzie o prawidłowo ukształtowanym kręgosłupie moralnym. I tu należy w szczególności wymienić lekarzy, pedagogów, sędziów, policję. Oni bowiem decydują o bezpieczeństwie współczesnych ludzi ale i przyszłych pokoleń.” Dodać do tej listy trzeba jeszcze polityków i kapłanów, a może i kogoś jeszcze i precyzyjnie zapisać to w prawie. Pytanie tylko, kto i w jaki sposób będzie oceniać „moralny kręgosłup” kandydatów. Na pewno będą to robić ludzie o własnym prawidłowo ukształtowanym kręgosłupie moralnym i na pewno – w sposób otwarty pod czujnym okiem społeczeństwa.