Czy kto słyszał o istnieniu czegoś takiego na „kapitalistycznym Zachodzie”? Bo ja – nie. Wiem, że coś takiego istniało w Związku Radzieckim, a we współczesnej Rosji mają one nawet własne (czy może wynajmują) „Sonderkommandy” do ściągania zaległych opłat z „nieuczciwych” mieszkańców lub ostatecznie wyrzucania ich na bruk. Działają przy tym brutalnie, ale mają również wyjątkowo wymyślne i skuteczne sposoby, zmuszające dłużnika szybko – aż biegiem do uregulowania zaległości. W Polsce o tym, na szczęście, nie słychać, nie licząc oczywiście wyrzuconych na bruk mieszkańców zagrabionych „legalnie” (bo przez władze miasta) warszawskich kamienic. Ale Warszawa – to szczególne „miejsce grzechu” i nic dziwnego, że jest narażona na totalne zniszczenie (przygotowania do tego idą już pełna parą).
Ale nawet te „spokojne” spółdzielnie, po co one w ogóle istnieją? Przecież opłaty za wodę, ścieki, gaz, prąd, telekomunikacyjne pobierają bezpośrednio dostawcy usług. Dlaczego więc ktoś, kto ma (wykupione lub kupione za realne pieniądze mieszkanie) musi płacić za niego taki sam „czynsz” jak ktoś, kto wynajmuje go od spółdzielni? Za jakie usługi? Jednorazowe docieplenie? Odśnieżanie dachu? Sprzątanie klatki schodowej? Wszystko to da się załatwić i bez nich (i na Zachodzie jakoś dają sobie radę, a nawet lepiej). Nie na próżno więc PiS 10 lat temu (kiedy rządził po raz pierwszy) próbował je zlikwidować, ale nie dał rady. Teraz nawet chyba nie próbuje. Ale nowy rząd na pewno zrobi również z tym porządek, więc radzę cwaniakom szukać już teraz, gdzie mogliby potem się zatrudnić. Wyuczyć się, na przykład, jakiegoś praktycznego i pożytecznego zawodu, na który będzie zapotrzebowanie również w przyszłości.