Plan naprawy Polski

V.2. OCHRONA ŻYCIA NIENARODZONEGO

12.06.2019

„Naród który zabija własne dzieci jest narodem bez przyszłości"
- powiedział w 1997 roku w Kaliszu wielki Polak, święty Jan Paweł II.
Niech Jego słowa będą dla wszystkich patriotów
przestrogą i wezwaniem do walki.

 

Ochrona życia nienarodzonego (przede wszystkim zakaz aborcji)  – pełna i bezwzględna – jest sprawą nie mniej ważną, niż sprawa bezpieczeństwa narodowego (które tak naprawdę samo od niej zależy, ponieważ pozwalając na zabijanie niewinnych, choć jeszcze nie narodzonych dzieci , nie można liczyć, że „Ktoś” będzie bronił życia ludzi już narodzonych i na pewno o wiele bardziej grzesznych). Zrobić to musi już obecna władza, i to – bezzwłocznie. Mają do tego niezbędną większość w Sejmie, Senacie oraz własnego Prezydenta, więc żadnych przeszkód formalno-prawnych być nie powinno. A jak się nie podoba przygotowany przez kogoś poza ich układami projekt Ustawy antyaborcyjnej, niech utworzą własny – prawników ponoć wśród nich nie brakuje (plus wynajęci „doradcy prawni”).

Przeciwnicy (z „prawicy”, bo lewica się nie liczy) twierdzą, że przecież w Polsce zabijano i tak zdecydowanie mniej dzieci niż w innych krajach– „tylko” troje dziennie. A gdyby tak nagle zaczęło ginąć po 3 Posłów (lub ich dzieci) dziennie – na pewno ocalała reszta nie czekałaby na swoją kolej, lecz bardzo szybko by taką, chroniącą życie Ustawę, przyjęła. I nie przestraszyłyby jej wtedy ani „czarne piątki”, ani nie wcisnęłaby „katoliczka” Pawłowska, że „Episkopat przeciw” (co okazało się, oczywiście, kłamstwem, ale pomogło ostatecznie obalić taki  już prawie udany projekt). Nie powstrzymałyby ich nawet kalkulacje przedwyborcze (bo martwych i tak nikt nie wybierze), a także mamusia Prezesa, która uważa (i tak nauczyła syna, choć jednego już opłakała), że niektóre dzieci zabijać można, a nawet warto. Kto wie, może w niedalekiej przyszłości właśnie coś w tym rodzaju przekona naszych polityków, że trzeba nie tylko ładnie udawać katolików, a jeszcze przestrzegać nauki Kościoła – przynajmniej w tak ważnej kwestii.

Trzeba jeszcze zaznaczyć, dlaczego można i trzeba zachować przy życiu każde poczęte dziecko. Wiadomo, że w Polsce jest dozwolone zabijanie nienarodzonych dzieci w trzech wypadkach: gwałtu, nieuleczalnej choroby oraz zagrożenia życia matki. Pierwszy przypadek uzasadnić jest najłatwiej. Rzecz jasna, że często zgwałcona kobieta nie życzy sobie mieć dziecka znienawidzonego gwałciciela. Ale z jakiej racji za zbrodnie jakiegoś zboczeńca (właśnie tak, bo normalny facet potrafi zaspokoić swoje żądze w sposób bardziej cywilizowany) musi być ukarane – i to karą śmierci, która nie jest już stosowna nawet wobec najgorszych zbrodniarzy – niewinne dziecko? Trudno, ale trzeba to dziecko jednak donosić. Gwałciciel zaś niech wypłaci swojej ofierze tak wysokie odszkodowanie, które ona (oraz prawo i sąd) uzna za wystarczające zadośćuczynienie za ten jej naprawdę niełatwy oraz moralnie ciężki trud. Potem zaś może mieć prawo zostawić już narodzone dziecko w szpitalu. Przecież chętnych do adopcji takich dzieci nie brakuje – brakuje właśnie takich małych dzieci. W USA, np. żeby adoptować białe dziecko, trzeba albo stać 10 lat w kolejce, albo zapłacić 100 tys. USD (czarne dziecko można adoptować od ręki i za darmo). Nie na próżno kwitnie biznes pośredników dzieci (nawet niepełnosprawnych) dla bogatych a bezdzietnych Amerykanów. I tu chodzi wcale nie o sprzedaż dzieci dla zboczeńców, satanistów, przestępców itp. – tam ceny są o wiele niższe (bo dzieci są przeważnie kradzione i nie potrzebują legalizacji). Nie proponuję tu, oczywiście, sprzedawać tych dzieci (tym bardziej – za granicę), choć byłoby to i tak o wiele bardziej „humanitarnie”, niż je zabijać, tylko chcę pokazać, że takie „niechciane” dziecko wcale nie jest problemem dla jego matki, lecz szansą dla tych, którzy innej możliwości niż adopcja po prostu nie mają. Oczywiście że to będzie tylko prawo, a nie obowiązek matki, więc zawsze (ale przed adopcją, a nie po niej) może to dziecko zostawić dla siebie. Może zdąży go pokochać, bo przecież jest to zupełnie inna i niezależna istota (choć z niepożądanymi genami). Tym bardziej, że wolą Boga w takich przypadkach jest zawsze takie dziecko przyjąć. Ta, która by tę Wolę przyjęła, zrozumiałaby jej słuszność później – może za lata, ale na pewno.

Drugi wypadek – nieuleczalnie chore dziecko –  jest trochę trudniejszy. Można, oczywiście, też zostawić takie dziecko w szpitalu (choć Wolą Bożą – nie łatwą i nie od razu zrozumiałą jest jednak wziąć go do siebie). Tym bardziej, że o chętnych do adoptowania takiego dziecka będzie raczej trudno, więc ten trud musiałoby wziąć na siebie Państwo, a życie sieroty do przyjemnych nie należy. Państwo zaś ze swojej strony powinno zachęcać brać do wychowania takie dzieci (swoje lub adoptowane), wypłacając odpowiednie do potrzeb zasiłki, i tak to będzie taniej, niż w domu dziecka, a dziecku o wiele lepiej. Logika zaś, że po co takie chore dziecko ma żyć i się męczyć, nie wytrzymuje żadnej krytyki. Po pierwsze, większość zabijanych dziś z tego powodu dzieci ma zespół Downa, a żyjący z tym zespołem twierdzą, że wcale nie cierpią, a nawet są szczęśliwi. Po drugie, według tej logiki nie daleko do eutanazji już żyjących chorych, cierpiących, niepełnosprawnych – dokładnie to, co się działo w Trzeciej Rzeszy, i jakoś im to się w rezultacie nie opłaciło – runęła z wielkim hukiem (Czwarta Rzesza runie z jeszcze większym hukiem – także za aborcję i eutanazję). Tu trzeba zwrócić uwagę jeszcze na jeden bardzo ważny, ale mało znany fakt. Otóż zdarza się, że niektórzy lekarze najpierw pod jakimś pretekstem podają ciężarnej kobiecie lek (lub robią zastrzyk), który poważnie uszkadza poczęte dziecko (tak że gdyby się urodziło, do końca życia pozostałoby niepełnosprawne). Potem robią (lub zalecają, kierują) badanie, które ten fakt (nieuleczalnej choroby lub niepełnosprawności) potwierdza. Następnie zaś namawiają kobietę do „usunięcia uszkodzonego płodu” i wreszcie „przeprowadzają zabieg”. Gdyby więc aborcja z tego powodu była też zabroniona, możliwe, że tacy zbrodniczy „lekarze” utraciliby chęć do uszkadzania poczętych dzieci.

Najbardziej trudnym wypadkiem jest, oczywiście, kiedy ciążą zagraża życiu matki. Ale po pierwsze, kto jest tak pewny, że życie matki jest naprawdę zagrożone? Lekarze?  Tacy sami, którzy twierdzili, że Alfie Evans umrze po kilku minutach po odłączeniu od aparatury podtrzymującej życie? A zmarł dopiero po kilku dniach po śmiertelnym zastrzyku (tj. po prostu został zamordowany)? Taka to cena ich „nowoczesnej wiedzy naukowej” i „wieloletniego doświadczenia”? Czy zatem w wielu wypadkach z dziećmi nienarodzonymi nie jest podobnie? A nawet jeśli faktycznie w niektórych wypadkach życie matki jest zagrożone – to niech walczą o życie obydwojga! Przecież mamy tak rozwiniętą współczesną medycynę, niech nam nie wciskają, że jedyne możliwe rozwiązanie to morderstwo. Niech walczą do końca, a nawet jeśli przegrają i jedno z nich jednak umrze, to niech Pan Bóg – Dawca życia – zdecyduje, kto ma żyć, a kto umrzeć. Żaden człowiek (nawet lekarz czy polityk) takiego prawa po prostu nie ma. Uzurpacja zaś Bożych prerogatyw i tak wcześniej czy później skończy się źle – także dla „uratowanej” matki. Na cudzym nieszczęściu (a tym bardziej – śmierci własnego dziecka) szczęścia nie zbudujesz.

Przypomnę jeszcze znane, ale mało brane pod uwagę fakty historyczno-geograficzne. We wszystkich poprzednich wiekach  i u wszystkich narodów aborcja była uważana za ciężką zbrodnią i oczywiście zabroniona. Otóż pierwszy na świecie zalegalizował ją w roku 1918 Lenin w Sowieckiej Rosji, jako jeden z elementów eksterminacji  tak znienawidzonych przez niego oraz jego ziomków i kolesi Rosjan i w ogóle Słowian. W Polsce zaś zalegalizował ją Hitler w roku 1939, w tym samym celu i tak samo nienawidzący Polaków i Słowian.  Co prawda, w II RP  (zwłaszcza – w Warszawie) nielegalna aborcja kwitła – a więc nie ma co się dziwić tragicznym skutkom (II WŚ – nie przypadkowo też właśnie w Warszawie).W pozostałych krajach wierni leninowcy i hitlerowcy (kamuflujący się często, co prawda, pod „demokratami” i „liberałami”) stopniowo wprowadzali i wprowadzają w życie idee swoich duchowych nauczycieli. Niedawno, jak wiemy, udało im się omamić Irlandię. Tak więc na dzień dzisiejszy aborcja jest zakazana (całkowicie lub częściowo, jak w Polsce), tylko w bardzo nielicznych krajach. Ciekawa sytuacja jest w Izraelu – zabrania się robić aborcję Żydówkom, ale pozwala się Arabkom (Palestynkom).

Przypomnę jeszcze, że mordowanie nienarodzonych dzieci (i to w okrutny, sadystyczny i rytualny sposób) jest w oczach Boga jednym z najcięższych grzechów, wzywających (jak każde morderstwo) o pomstę do Nieba. I to dotyczy wszystkich uczestników tego zbrodniczego procederu: matkę, ewentualnie ojca i innych krewnych, lekarza, pielęgniarki, działaczy proaborcyjnych oraz polityków, stanowiących takie „prawo” (a raczej – bezprawie) lub nie chcących go zmienić, kiedy mają taką możliwość. To, że taka zemsta na razie nie nadchodzi, nie daje żadnej gwarancji, że nie rozpocznie się w każdej chwili. Niestety, nie tylko dla wyżej wymienionych, ale dla całego społeczeństwa (które to przecież jakoś toleruje a nawet – jak w Irlandii i nie tylko jest w większości „za”). Okupiona więc będzie ta niewinna krew poprzez wiele przelanej krwi ludzi, którym kiedyś pozwolono się urodzić. Poprzez wojny, kataklizmy, zamieszki itp. Niestety, również w Polsce (choć w mniejszym stopniu od większości innych krajów świata). Żydzi też zapłacą swoją cenę (i to większą niż w poprzedni holocaust), bo w oczach Boga Arabowie to też ludzie, plus ich bezpośrednie oraz pośrednie uczestnictwo we wprowadzeniu prawa, propaganda oraz przeprowadzanie aborcji na całym świecie. Osobiście uważam, że politycy tak kurczowo trzymają się „legalnego” prawa do mordowania choć niewielu dzieci, ale regularnie, bo to jest związane właśnie z rytualnym charakterem tych morderstw. Należą bowiem (choć często to ukrywają) do tego niegdyś „wybranego narodu”, który praktykował to od wieków a nawet tysiącleci. Ślady tego ich ohydnego zwyczaju można znaleźć nawet w Biblii (już nie mówiąc o Talmudzie) – Abraham (Rdz 22, 1-24), Jefte (Sdz 11, 30-40), a także Ez 16, 21, Kpł 18,21 i inne. Z tym, że w późniejszych wiekach przyszła im do głowy „genialna” myśl: zamiast mordować własne dzieci zaczęli mordować dzieci znienawidzonych i pogardzanych „gojów” – co właśnie odzwierciedla prawo współczesnego Izraela. Św. Matka Teresa z Kalkuty zaś twierdziła wprost, że aborcja to główna (duchowa) przyczyna wojen. O słuszności tego twierdzenia przekonamy się już chyba niebawem.

Aborcja to najbardziej brutalny, ale nie  jedyny „legalny” sposób na  zabijanie nienarodzonych dzieci. Do innych „metod” (które też powinny być bezwzględnie prawnie zabronione) należą niektóre rodzaje antykoncepcji (np. Tabletki po stosunku), środki wczesnoporonne oraz in vitro. Owszem, w warunkach naturalnych też ginie nie mało dopiero poczętych dzieci  – ale bez winy (a nawet wiedzy człowieka – wyłącznie z Woli Bożej, Który nie dał takiego prawa przerywania życia żadnemu człowiekowi – nawet matce). Teoretycznie in vitro służy tym, którzy chcą, ale nie mogą począć dziecka. Można ich zrozumieć – ale nie za każdą cenę – nie kosztem unicestwianych „zbędnych” zapłodnionych zarodków. Co zatem mają robić? Otóż alternatywa – i to zupełnie naukowa, legalna i nikogo nie krzywdząca, a jednocześnie skuteczna  – NaProTechnologia. Dla tych zaś, którzy mają choć ziarnko prawdziwej wiary, jest sposób jeszcze bardziej prosty i skuteczny – modlitwa. Dla wzmocnienia takiej wiary (a więc i skuteczności) można udać się na pielgrzymkę (najlepiej do Wąwolnicy – jednego z najstarszych Polskich sanktuariów Maryjnych). Tam miejscowy kustosz opowie historie tych, którym to pomogło. No chyba że jednak Wola Boża jest inna (np. bezdzietność lub adopcja). Ktoś musi adoptować porzucone dzieci  - życie w sierocińcu to nie bajka. Ciekawy jest pod tym względem przykład takiej maleńkiej Czeczenii. Od wielu już lat toczy  się tam wojna (otwarta lub ukryta), więc ginie dość sporo ludzi obu płci. Ale sierot ani domów dziecka tam nie ma. Wcale. Gdzie się więc podziewają osierocone dzieci (a rodzi się ich tam bardzo dużo)? Otóż natychmiast trafiają do rodzin najbliższych krewnych i są traktowane jak własne. Drugi dobry przykład to Kanada.  Wpadli tam na genialny pomysł, aby połączyć domy opieki dla ludzi starszych z domami dziecka. Wynik przekroczył wszelkie oczekiwania! Starsi ludzi odnaleźli kochające „wnuki”, ponieważ po raz pierwszy sieroty odczuwają rodzicielską miłość i troskę. Wszyscy są zadowoleni. Czemu nie brać dobrych przykładów zarówno ze Wschodu jak i Zachodu, kiedy brakuje ich (niestety) we własnym kraju?